#10yearschallenge i dlaczego nie jestem nauczycielem

Kwi 2, 2019

Kto by pomyślał, że #10yearschallenge objawi się moim życiu w sposób tak zaskakujący i pociągnie mnie (choć nieskutecznie) z powrotem w stronę szkoły? A jednak. Ale od początku.Zapisz

Karina, swoim przemiłym komentarzem zostawionym pod poprzednim postem, wywołała mnie niejako do tablicy 😊. Pyta bowiem co się stało i dlaczego nie piszę, dlaczego mnie tu nie ma? A nie było mnie, bo wydarzył mi się dość zaskakujący #10yearschallenge, a właściwie to „after-10-years-challenge”. Konkretnie, firma w której pracowałam spokojnie przez ostatnie 10 lat, postanowiła się zlikwidować – i to w sposób dość gwałtowny, a dla nas zupełnie nie do przewidzenia.Zapisz

Czy mnie to martwi?

Nawet nie, wyszłam już z szoku i otwieram się na nowe. Wraz z nowym natomiast pojawia się nieuniknione pytanie „Co dalej”.

Z pewnością muszę pracować. Finanse to jedno, ale sama idea bezczynnego siedzenia w domu jest mi zupełnie obca.

Nie chcę natomiast pracować w korpo. 40 godzin tygodniowo plus nieuniknione nadgodziny, w klimatyzowanym biurowcu bez otwieranych okien w środku miasta – chyba nie dałabym rady. A na pewno ucierpiałaby na tym moja córka.

Zapisz

Może więc wrócić do wyuczonego zawodu i zostać … anglistą w lokalnej szkole? Bo i wakacje, i ferie, i etat osiemnastogodzinny i anglistów tak brakuje… Miałabym poczucie, że może robię coś dobrego. Albo raczej, że odwalam kawał dobrej roboty, której i tak nikt nie docenia. O nie.

Trzeba Wam wiedzieć, bo może jeszcze tego nie wiecie, że kiedyś byłam nauczycielką. Taką zwykłą „panią prof.” w niezłym warszawskim liceum. Skądinąd było dość zabawne, gdyż różnica wieku między mną, a moimi uczniami, wynosiła jakieś 4 lata i bywało, że gubiłam się w tłumie na korytarzu. Był to fajny i bardzo ciężki czas. Z perspektywy mogę z całą pewnością powiedzieć, że nigdy w życiu później nie pracowałam już tak ciężko, za tak marne pieniądze.Zapisz

Z czym mierzy się pracujący w państwowej szkole nauczyciel?

  • Z biurokracją
  • Z zebraniami ciągnącymi się w nieskończoność, radami, wywiadówkami
  • Z ogromem odpowiedzialności za zdrowie i życie dzieci
  • Ze stagnacją i wszechogarniającym szkolnym status quo, nie do ruszenia
  • Z brakiem perspektyw
  • Z poczuciem, że uczniowie i rodzice mają nauczyciela za osobę, której się w życiu nie udało i dlatego jest tu, gdzie jest
  • Z ciągłym poczuciem wiszących nad głową obowiązków
  • Z fatalnie napisanymi programami
  • Z brakiem pieniędzy
  • ITD…

Wymieniać można więcej i więcej. I tak, wiem, że są tacy, którzy sobie z tym wszystkim radzą. Można mieć zamożnego męża i pracować rzeczywiście 18 godzin tygodniowo, plus to co w domu. Można nawet zostać ascetą. Można podejmować wysiłek w imię wyższych wartości. Można realizować misję.

A można uciec. Do lepiej płatnego zajęcia, których – szczególnie w dużych miastach, jest pod dostatkiem. I nie dziwię się tym, którzy uciekają, a chwała tym, co zostają. Tylko kiedy najlepsi pójdą gdzie indziej, kto wtedy będzie uczył nasze dzieci?

Zapisz

Dlatego z przekonaniem POPIERAM strajk nauczycieli.

Jestem zdania, że nauczyciele powinni zarabiać tyle, żeby tym najlepszym opłacało się uczyć właśnie w szkole. To oni kształcą przyszłych lekarzy, wynalazców, naukowców, artystów i przedsiębiorców.

A to co mamy teraz, no comments.

Zapisz

Mnie to też śmieszy, ale tak naprawdę, to nie do końca zabawne.

 

Z przekonaniem popieram strajk nauczycieli. Niech walczą o to, aby najlepsi nie uciekali z zawodu. Ale sama jednak do szkoły nie wracam. Może mam fobię szkolną, a może po prostu nie jestem herosem.

A wracając do #10yearschallenge, to chyba nie jest najgorzej, co?

Zapisz

Wasza,

Paula

Zapisz

Cieszę się, że czytasz mój blog.

Pozostańmy w kontakcie!

FACEBOOK  •  INSTAGRAM  •  PINTEREST